M. Panic: Niespodzianka. Przyzwoity niemiecki tekst o reparacjach: „Arogancki Berlin“

Bardzo przyzwoity tekst – tak mi się przynajmniej wydaje. Tekst o reparacjach. Oczywiście w medium niezależnym, opozycyjnym, bo w mediach ich „głównego wścieku“ czegoś takiego raczej nie uświadczyć. Co prawda w kilku punktach poczułem – mówiąc oględnie – dyskomfort, albo po prostu nie do końca zrozumiałem o co autorowi może chodzić, gdy dokonując tych swoich wyliczeń, ni stąd ni zowąd każe odliczyć od sumy należnej Polsce jakieś tam rzekome koszta związane z koniecznością „utrzymywania“ polskich „uciekinierów“, którzy w latach 1980-2004 (czyli do momentu wejścia Polski do Unii) przybyli do Niemiec. Doprawdy nie wiem, kogo autor ma tu na myśli? Czyżby tych tak zwanych „późnych wypędzonych“? Ewentualnie tej w sumie wcale nielicznej grupy Polaków, którzy otrzymali w Niemczech azyl polityczny lub inną formę prawa pobytu? I którzy przecież zbyt długo – jeśli w ogóle – na tym państwowym garnuszku nie pozostawali, szybko znajdując sobie pracę i asymilując się – w przeciwieństwie do kogoś tam. Zresztą owi „późni wypędzeni“ to przecież formalnie Niemcy, ich „Landsleute“, dlaczegóż więc dolicza się ich do jakichś tam kosztów poniesionych przez RFN?

Doprawdy, tego nie rozumiem. Przecież tak wielki odpływ ludzi – często wysoko wykwalifikowanych – oznaczał raczej olbrzymią stratę dla Polski, nie dla Niemiec.

A druga kwestia, to niezbyt co prawda głośne, ale jednak wyartykułowanie przez autora sugestii, aby powojenne okrojenie terytorialne Niemiec i wypędzenie Niemców Polska uznała za akt bezprawia, za „Unrecht“, cokolwiek miałoby to w zamysłach autora znaczyć.

Ale zostawmy to. Tekst, nawet z tymi mankamentami, jest moim zdaniem bardzo sensowny. Przede wszystkim wydaje mi się szczery. W każdym razie nie czuje się w nim tej hipokryzji, tej zakłamanej pozy, która towarzyszy tym wszystkim mainstreamowym komentatorom, którzy jak mantrę powtarzają formułę: Tak, tak, byliśmy nikczemnikami; Polska przez nas bardzo wycierpiała, ale kwesta reparacji jest już dawno „juristisch“ und „völkerrechtlich“ załatwiona. Nic się już Polsce nie należy. A nawet jeśli należy, to jednak też nie, bo domaga się tego PiS, który wykorzystuje to jako instrument polityczny.

W tym tekście na szczęście jest inaczej. Autor co prawda też bynajmniej nie jest skłonny apelować, aby Bundesrepublika czym prędzej wyskoczyła z kasy i wypłaciła Polakom należne miliardy. Sugeruje raczej, aby w dłuższym okresie czasu przekazywać pieniądze na inwestycje infrastrukturalne: budowę i remont mostów na Odrze, regulacja dróg wodnych i tp. Przede wszystkim jednak domaga się, aby po prostu zacząć z Polakami rozmawiać i to nie z pozycji besserwisserów i arogantów, tylko pokornych negocjatorów. Ale optymistą nie jest:

„Zamiast tego, arogancki Berlin – co wszyscy znamy – nadal będzie pozostawać na kursie konfrontacyjnym i tworzyć atmosferę moralnej wyższości wobec sąsiada.“

– stwierdza.

Jednak to, co mi się w tym tekście najbardziej podoba, to odkrycie przez autora skądinąd oczywistej przyczyny, dla której Polska akurat teraz wychodzi z tematem reparacji. Pisze tak:

„Ten kto zna nastroje za Odrą, doskonale wie, że Polska wcale aż tak ślepo przy tych reperacjach nie obstaje. Tylko mniej więcej połowa Polaków jest za tym. Żaden Polak nie poczuje się specjalnie bogatszy, gdy po wszystkich odliczeniach przypadnie mu na głowę te jakieś 1000 USD. Ową kartę reparacyjną rząd PiS wyciągnął przecież z rękawa głównie jako odpowiedź na mieszanie się Brukseli w wewnętrzne sprawy kraju: (prawo prasowe, reforma sądownictwa, wycinka w Puszczy Białowieskiej, wspieranie opozycji) i ma w tym za sobą większość społeczeństwa.

Zwycięstwo etapowe zostało już i tak osiągnięte: temat wypłynął wreszcie na wierzch i w niemieckim mainstreamie i nawet Angela Merkel będzie musiała nolens volens się jakoś do tego odnieść.“

– kończy swój artykuł dr Viktor Heese – analityk finansowy, autor książek fachowych.

Hinterlasse jetzt einen Kommentar

Kommentar hinterlassen

E-Mail Adresse wird nicht veröffentlicht.


*